Straciłem nadzieję. Straciłem nadzieję na lepsze jutro. Z ciężkimi mięśniami wyczołgałem się się z namiotu wprost na pijanego sprzedawcę, wywracając stół i jego towary. Mówił do mnie różnymi nieciekawymi wiązankami , które tylko w połowie do mnie dotarły. Dookoła przechadzało się wielu ludzi wgapionych we mnie, ale i tych co postanowili nie wściubiać nosa w nie swoje sprawy. Jeden z nich pomógł mi się pozbierać z ziemi. Rozglądałem się niespokojnie w poszukiwaniu namiotu "21" ale nigdzie go nie znalazłem. Wszędzie tylko ludzie , mnóstwo ludzi i tych targujących się i tych wchodzących do małych budynków z zakładami fryzjerskimi , jubilerskimi lub namiotów oświetlonych latarniami. Ktoś o silnych dłoniach pomógł mi wstać pozwalając mi na utrzymanie równowagi. Człowiek , który cały czas trzymał dłoń na moim barku patrzył niecierpliwie z szeroko otwartymi oczyma.
- Podejrzewam , że mnie nie pamiętasz.- skinął głową ściągając czapkę, gdyby nie światło prowizorycznych lampionów nie zauważyłbym blond czupryny i zielonych oczu. Mój mózg jeśli chodzi o wspomnienia pracował na bardzo niskich obrotach , a gdy usilnie próbowałem sobie coś przypomnieć zaczynała boleć mnie głowa.
- Niestety nie.- nadal przyzwyczajałem się do dźwięku własnego głosu. Mężczyzna opuścił dłoń z mojego ramienia z rozczarowaniem wypisanym na twarzy. Moje oczy cały czas wyszukiwały namiotu z tym przeklętym numerem. Niedaleko mnie biegła ścieżka na wskroś , której poustawiane był namioty z numerami po kolei od "10-20", ale pod koniec niej nie było tego przeklętego namiotu z numerem "21". Cholera. Zacząłem podążać tą dróżką. "Namiot 21 , tuż za przemytnikami." Przemytnicy... Przemytnicy.
- Ej przyjacielu , poczekaj.- "przyjacielu" Nic nie pamiętam , więc nie mogę nikomu zaufać. Dlaczego więc zaufałem tamtej babuleńce z namiotu. Może tu nie ma tej dziewczyny, może na wet namiot "21" nie istnieje? Mimo wszystko przyspieszyłem , a on i tak dorównał mi kroku, a po chwili stanął mi na drodze z wyciągniętą dłonią ,szczerząc zęby w głupkowatym uśmiechu. -Christopher Bell. - Nie uścisnąłem jego dłoni , a jedynie zignorowałem. Musiałem odnaleźć tą dziewczynę, ale przecież on mógł mi pomóc. W głowie zaczęło mi pomału coś świtać. Christopher Bell. Bell...
- Zakład jubilerski ? - zapytałem natarczywie.Widziałem go wcześniej parę metrów stąd , brudny z popękanymi szybami. Chris pomachał głową radośnie i wtedy w mojej głowie pojawił się przedziwny obraz. Ja w garniturze poszukujący pierścienia z maleńkim rubinem, tuż obok szczęśliwa kobieta w czerwonej jak kamień sukni o blond włosach upiętych wysoko. Widziałem już ten sam zakład jubilerski tu w podziemiach, ale to co przedstawiało się w mojej głowie działo się u góry, gdyż światło dzienne wpadało przez czyste okna. Płacąc za pierścionek czułem ogromną satysfakcję , a sprzedawca (Chris) machał radośnie głową. Potem wyszliśmy z budynku i zostaliśmy napadnięci przez trzech mężczyzn. Jeden z bronią palną , pozostali z nożami. Próbowałem jej bronić , nie ważąc na swoje życie , ale i tak przeżyłem, a ona nie. Wróciłem do Chrisa w podziemiach. Christopher patrzył na mnie z wyrazami smutku.
- Gdzie my jesteśmy ? - Spytałem. Pokręcił głową.
- Wiem stary , że to dla Ciebie ciężka chwila , ale sam musisz się tego dowiedzieć.- Poklepał mnie po ramieniu.- I tak już wystarczająco Ci pomogłem. - Począł odchodzić w przeciwnym kierunku.
- Poczekaj ! - Odwróciłem się w jego stronę , a on przystanął. -Wiesz gdzie ona jest prawda?- Bell znów pokręcił głową i odszedł. Stałem z rozłożonymi rękoma i nie wiedziałem co począć. Chodziłem boso w przedziwnych luźnych spodniach obwinięty bandażami nie przykuwając uwagi innych. Podchodziłem do każdego przechodnia i lekkomyślnie szturchałem go i prosiłem o pomoc. Nikt nie chciał mi pomóc. Jeden starszy pan chwycił moją dłoń i ze smutkiem pomachał głową. O co chodzi z tymi wszystkimi ludźmi. Kim ja jestem. W końcu gdy zabrakło mi sił i ból w mięśniach stał się nie do zniesienia postanowiłem wrócić do mojego namiotu. Pamiętałem drogę , ale po parunastu krokach nie wytrzymałem i przycupnąłem na lodowatej wydeptanej przez mieszkańców ziemi. Mój oddech był spazmatyczny i za każdym razem gdy wciągałem powietrze w płuca bolała mnie cała klatka piersiowa. W ziemi wdeptany leżał czerwony kamyczek. Wiedziałem , że dłużej posiedzę w tym miejscu , a nie mam najmniejszej ochoty myśleć jak wielką porażkę odniosłem więc zacząłem rysować coś na kształt pierścienia z wizji. Postanowiłem to nazwać wizją , bo nie mam pojęcia co to było. Usłyszałem hałas z niedaleka dobiegał czyjś delikatny oddech i duszący kaszel. Gdy skończyłem przyglądałem się obrączce z kamyczkiem. Po chwili usłyszałem krzyk i gwałtownie spojrzałem w górę. Dwóch rosłych mężczyzn szeptem targowało się o jakiś nielegalny towar. Przemytnicy, nie mogłem w to uwierzyć , ale na wprost mnie znajdował się namiot "21".
- Podejrzewam , że mnie nie pamiętasz.- skinął głową ściągając czapkę, gdyby nie światło prowizorycznych lampionów nie zauważyłbym blond czupryny i zielonych oczu. Mój mózg jeśli chodzi o wspomnienia pracował na bardzo niskich obrotach , a gdy usilnie próbowałem sobie coś przypomnieć zaczynała boleć mnie głowa.
- Niestety nie.- nadal przyzwyczajałem się do dźwięku własnego głosu. Mężczyzna opuścił dłoń z mojego ramienia z rozczarowaniem wypisanym na twarzy. Moje oczy cały czas wyszukiwały namiotu z tym przeklętym numerem. Niedaleko mnie biegła ścieżka na wskroś , której poustawiane był namioty z numerami po kolei od "10-20", ale pod koniec niej nie było tego przeklętego namiotu z numerem "21". Cholera. Zacząłem podążać tą dróżką. "Namiot 21 , tuż za przemytnikami." Przemytnicy... Przemytnicy.
- Ej przyjacielu , poczekaj.- "przyjacielu" Nic nie pamiętam , więc nie mogę nikomu zaufać. Dlaczego więc zaufałem tamtej babuleńce z namiotu. Może tu nie ma tej dziewczyny, może na wet namiot "21" nie istnieje? Mimo wszystko przyspieszyłem , a on i tak dorównał mi kroku, a po chwili stanął mi na drodze z wyciągniętą dłonią ,szczerząc zęby w głupkowatym uśmiechu. -Christopher Bell. - Nie uścisnąłem jego dłoni , a jedynie zignorowałem. Musiałem odnaleźć tą dziewczynę, ale przecież on mógł mi pomóc. W głowie zaczęło mi pomału coś świtać. Christopher Bell. Bell...
- Zakład jubilerski ? - zapytałem natarczywie.Widziałem go wcześniej parę metrów stąd , brudny z popękanymi szybami. Chris pomachał głową radośnie i wtedy w mojej głowie pojawił się przedziwny obraz. Ja w garniturze poszukujący pierścienia z maleńkim rubinem, tuż obok szczęśliwa kobieta w czerwonej jak kamień sukni o blond włosach upiętych wysoko. Widziałem już ten sam zakład jubilerski tu w podziemiach, ale to co przedstawiało się w mojej głowie działo się u góry, gdyż światło dzienne wpadało przez czyste okna. Płacąc za pierścionek czułem ogromną satysfakcję , a sprzedawca (Chris) machał radośnie głową. Potem wyszliśmy z budynku i zostaliśmy napadnięci przez trzech mężczyzn. Jeden z bronią palną , pozostali z nożami. Próbowałem jej bronić , nie ważąc na swoje życie , ale i tak przeżyłem, a ona nie. Wróciłem do Chrisa w podziemiach. Christopher patrzył na mnie z wyrazami smutku.
- Gdzie my jesteśmy ? - Spytałem. Pokręcił głową.
- Wiem stary , że to dla Ciebie ciężka chwila , ale sam musisz się tego dowiedzieć.- Poklepał mnie po ramieniu.- I tak już wystarczająco Ci pomogłem. - Począł odchodzić w przeciwnym kierunku.
- Poczekaj ! - Odwróciłem się w jego stronę , a on przystanął. -Wiesz gdzie ona jest prawda?- Bell znów pokręcił głową i odszedł. Stałem z rozłożonymi rękoma i nie wiedziałem co począć. Chodziłem boso w przedziwnych luźnych spodniach obwinięty bandażami nie przykuwając uwagi innych. Podchodziłem do każdego przechodnia i lekkomyślnie szturchałem go i prosiłem o pomoc. Nikt nie chciał mi pomóc. Jeden starszy pan chwycił moją dłoń i ze smutkiem pomachał głową. O co chodzi z tymi wszystkimi ludźmi. Kim ja jestem. W końcu gdy zabrakło mi sił i ból w mięśniach stał się nie do zniesienia postanowiłem wrócić do mojego namiotu. Pamiętałem drogę , ale po parunastu krokach nie wytrzymałem i przycupnąłem na lodowatej wydeptanej przez mieszkańców ziemi. Mój oddech był spazmatyczny i za każdym razem gdy wciągałem powietrze w płuca bolała mnie cała klatka piersiowa. W ziemi wdeptany leżał czerwony kamyczek. Wiedziałem , że dłużej posiedzę w tym miejscu , a nie mam najmniejszej ochoty myśleć jak wielką porażkę odniosłem więc zacząłem rysować coś na kształt pierścienia z wizji. Postanowiłem to nazwać wizją , bo nie mam pojęcia co to było. Usłyszałem hałas z niedaleka dobiegał czyjś delikatny oddech i duszący kaszel. Gdy skończyłem przyglądałem się obrączce z kamyczkiem. Po chwili usłyszałem krzyk i gwałtownie spojrzałem w górę. Dwóch rosłych mężczyzn szeptem targowało się o jakiś nielegalny towar. Przemytnicy, nie mogłem w to uwierzyć , ale na wprost mnie znajdował się namiot "21".
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz